Angielskie kluby są najbogatsze na świecie, więc ich marne wyniki w starciach z rywalami z kontynentu od lat wywoływały drwiny. Aż minionej jesieni zatrudnieni na Wyspach piłkarze wstali. I awansowali do 1/8 finału pełnym kwintetem przedstawicieli, co wcześniej nie zdarzyło się jeszcze żadnemu krajowi.

Wygląda na to, że inwazja trwa. City, które w oszałamiającym tempie i stylu pędzi po mistrzostwo Anglii, po prostu zagrało w Bazylei jak należy. Ale Tottenham, który przybył na najtrudniejszy do zdobycia stadion w Lidze Mistrzów?! Na stadion Juventusu, gdzie nawet Leo Messi nigdy nie umiał wiele zdziałać?

Mecz był pasjonujący. I miał zdumiewający przebieg.

Scenariusz typowego sezonu turyńczyków w reżyserii Massimiliano Allegriego znamy na pamięć. Najpierw trener eksperymentuje, szuka możliwie idealnych rozwiązań i uczy piłkarzy, jak działać bez piłki – czasami trwa to całą jesień. Aż następuje moment, w którym prace konstrukcyjne zostają zakończone – i pole karne Juventusu staje się niedostępne, wręcz nietykalne.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej