Inspiracją dla eksperymentu było brazylijskie miasto Porto Alegre, które na partycypację postawiło już na początku lat 90. W ślad za nim poszło kilkaset innych samorządów z Ameryki Południowej, później Europy i kolejnych kontynentów.

Na polskim gruncie idea budżetu partycypacyjnego zwanego obywatelskim pierwszy raz wykiełkowała w Sopocie w 2011 r. Już rok później podchwyciły ją Poznań, Zielona Góra, Elbląg czy Gorzów Wielkopolski. Dalej poszło z górki. Obecnie z tego rozwiązania korzysta ok. 200 samorządów w całym kraju. Idea jest bardzo atrakcyjna – mieszkańcy dostają możliwość współdecydowania w głosowaniu, na co zostanie wydana część budżetu. Pomysły zgłaszają sami, bo przecież to oni najlepiej wiedzą, czego im brakuje. Budżet obywatelski to nie tylko domena miast, ale również gmin wiejskich i całych województw (małopolskiego, łódzkiego i podlaskiego).

Swoje pomysły na wydanie publicznych pieniędzy mogą zgłaszać m.in. mieszkańcy niewielkiego Jaworza czy Unisławia. W Zgierzu dedykowany budżet obywatelski dostały dzieci. W Markach radni podjęli decyzję o wprowadzeniu budżetu młodzieżowego. Wśród średnich i dużych miast ze świecą trzeba szukać takiego, którego włodarze nie zdecydowali się na wprowadzenie budżetu obywatelskiego. O przeznaczeniu części miejskich pieniędzy decydują mieszkańcy, m.in. Warszawy, Poznania, Krakowa, Wrocławia, Katowic, Gdańska czy Lublina. Łódź przeznacza obecnie na ten cel 40 mln zł rocznie, a trzy lata temu, tuż po zakończeniu drugiej edycji głosowania, prezydent Hanna Zdanowska zapowiadała, że do 2018 r. budżet obywatelski będzie zwiększony do 100 mln zł. I choć na razie deklaracja nie została zrealizowana, już sama euforia, jaka po niej nastąpiła, pokazała, że taki sposób wydawania publicznych pieniędzy bardzo się mieszkańcom podoba.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej