O planowanym ataku Turcja ostrzegała od dłuższego czasu. Już 9 stycznia prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan zapowiedział, że jego kraj podejmie działania wojenne w przygranicznych regionach Syrii - Afrin i Manbidż. Swoją groźbę powtórzył następnie 13 i 16 stycznia. Mniej więcej w połowie stycznia Turcja zaczęła przerzucać na granicę z Syrią czołgi.

Regiony Afrin i Manbidż są pod kontrolą Kurdów. Afrin jest w ich rękach od 2012 r., kiedy to wycofała się z nich armia syryjskiego prezydenta Baszara al-Asada. Z kolei Manbidż jest pod zarządem Kurdów od sierpnia zeszłego roku, kiedy to odbili główne miasto z rąk terrorystów z ISIS. Kurdowie są najsprawniejszymi żołnierzami w regionie - przy wsparciu USA z powietrza sprawnie wyparli terrorystów z północy Syrii.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Za referendum niepodległościowe Kurdowie zapłacą wysoką cenę

14 stycznia armia USA zapowiedziała, że w ciągu kilku najbliższych lat będzie szkolić i zbroić Kurdów w północno-wschodniej Syrii, którzy kontrolują tereny odbite z rąk ISIS. Ma to zagwarantować, że te terytoria nie trafią z powrotem w ręce terrorystów. Jednocześnie dodano, że pierwszych 230 żołnierzy już przechodzi stosowne szkolenie. Decyzja rozsierdziła Erdogana, który nazwał powstające jednostki "armią terroru".

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej