Dorota Karaś: Wygląda na to, że dzieci w Polsce żyją w świecie zaprojektowanym przez Disneya. Takie wnioski można wyciągnąć z ostatnich badań – „Między zabawą a sztuką. Wybory kulturalne opiekunów dzieci”.

Dr Małgorzata Cackowska*: – Dzieci żyją otoczone nie tylko przez Disneya, ale także inne produkty kultury popularnej. Disney zapoczątkował zjawisko „produktu totalnego”, który stopniowo wtargnął w każdą tkankę życia. Bardzo dużo złego zrobił w książce, która była pierwszym produktem pofilmowym. Dziś jest wszędzie – na talerzach, kubkach, zasłonach, prześcieradłach, szczoteczkach do zębów i jogurtach i długopisach. Opanował pokoje dziecięce, a przede wszystkim ich wyobraźnię. Kojarzy się z czymś bliskim, znanym i lubianym. Dorośli także płaczą na reklamach.

To źle, czy dobrze?

– Nie chcę oceniać. Na pewno przyczynił się do homogenizacji kultury dla dzieci. Powoduje, że są one narażone na ciągłe konsumowanie tej samej papki, tylko podawanej w nowym opakowaniu. Kiedyś był to Kaczor Donald i Myszka Miki, dziś – Elza i Anna z „Krainy Lodu”. Temu zjawisku sprzyja mechanizm podążania za dziećmi, który jest mottem dzisiejszych rodziców.

W badaniach pada stwierdzenie, że rodzice są „dzieciocentryczni”. Chodzi o to, że kierują się ich zdaniem?

– To dobrze, że dorośli opiekunowie wsłuchują się w potrzeby dzieci, chcą je traktować podmiotowo i szanować ich decyzje, a przynajmniej to deklarują. Dziecięce preferencje i wybory są jednak związane z podatnością na reklamę.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej