Upływał kwadrans gry, gdy Gianluigi Buffon, największy prawie czterdziestolatek w Lidze Mistrzów, stanął oko w oko z Kylianem Mbappé, najbardziej niebezpiecznym nastolatkiem w rozgrywkach. Błysnął refleksem, ocalił Juventus.

Kto podziwiał rozpędzone Monaco w poprzednich rundach, mógł spodziewać się zatrzęsienia podobnych scen. Ale turyńczycy zadziałali na gospodarzy wprost paraliżująco. Jakby skrępowali ich kaftanami bezpieczeństwa.

Najpierw wszystkich zaskoczył Massimiliano Allegri. Wszystkich, nawet rodaków. Włoscy dziennikarze, zazwyczaj doskonale poinformowani o planach trenerów i prognozujący składy z dokładnością do ostatniego nazwiska, nie przypuszczali, że Juventus wróci do starego ustawienia – z trójką, a nie dwójką środkowych obrońców. W ćwierćfinale takiego respektu nie okazał nawet Barcelonie.

Miał jednak turyński trener co najmniej 146 powodów, by wybrać wariant bezpieczny. Tyle goli strzelili w bieżącym sezonie piłkarze Monaco. I minęło już półtora roku od ostatniego meczu na ich stadionie, w którym nie trafili ani razu. To oni oferują najbardziej rozrywkowy futbol w Europie – obfitujący w najwięcej bramek, czego efektowną kulminację mieliśmy w 1/8 finału Ligi Mistrzów, zakończonej zwycięskim remisem 6:6 w dwumeczu z Manchesterem City. Granie z rozentuzjazmowaną eskadrą trenera Leonardo Jardima jest jak walka z żywiołem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej