– Świat miał Sony, a Kraków miał Studencki Komitet Solidarności. Ci młodzi ludzie, którzy go tworzyli, wykorzystali swoją młodzieńczą siłę i zaczynali od drobnych, ale niezmiernie denerwujących ówczesną władzę rzeczy. Upominali się o tzw. resy (fr. r?serv? – zarezerwowany), czyli książki w tamtych czasach zakazane. Wyglądało to ciekawie, gdy brodacze – mówię „brodacze”, bo większość z nich nosiła wtedy brody – wchodzili do Collegium Novum, najbardziej reprezentacyjnego budynku Uniwersytetu Jagiellońskiego, wyciągali z plecaka książki i sprzedawali je z ręki. Uświadamiali ludziom, że to, co w PRL-u jest zakazane i niedostępne, wcale takie być nie musi, że to tylko wymysł władz. Tak było też z akcją paszportową, która ludziom uświadomiła, że ten dokument należy nie do milicji, ale...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.