Prąd w gniazdku jest jak woda w kranie. To, że odkurzacz odkurza, światło świeci, a zmywarka zmywa, jest tak oczywiste, że -  jak wynika z wielu badań organizacji branżowych - przeciętny Kowalski prądem w ogóle nie zaprząta sobie głowy.

Energia elektryczna postrzegana jest jako dobro pierwszej potrzeby, które jest dostarczane przez państwo. Prądem zaczynamy się interesować dopiero wtedy, gdy słyszymy o podwyżkach.

Ceny prądu rosną na naszych oczach

A w najbliższych miesiącach ceny prądu będę przykuwać rekordowo dużo uwagi. Przede wszystkim rachunki już rosną. Od nowego roku 14,5 mln gospodarstw domowych płaci już wyższe rachunki za prąd, bo decyzją rządu PiS przegłosowaną przez Sejm zwiększyła się składka dla koncernów energetycznych produkujących z 3,87 zł brutto do 8 zł brutto miesięcznie.

Poza tym w grudniu rząd potwierdził, że chce wprowadzić nową opłatę (zdaniem ekspertów to forma opodatkowania), która sfinansuje budowę elektrowni. Ustawa jest już gotowa, ale rząd wstrzymuje pracę w obawie przed Brukselą. Koszty dopłat mają wynieść kilka miliardów złotych rocznie. Jak to się przełoży na rachunki? Zdaniem ekologów (Client Earth, Koalicja Klimatyczna) od 150 do 340 zł dla gospodarstwa domowego. Zdaniem energetyków 33-50 zł.

Na dokładkę wzrosną koszty emisji CO2. Tutaj jest najwięcej niewiadomych związanych ze wzrostem rachunków. Polska dostaje część darmowych uprawnień, więc zapowiadana przez UE podwyżka cen CO2 będzie amortyzowana. Mimo to według szacunków branży rachunki z tytułu opłat za CO2 mogą wzrosnąć nawet o jedną piątą.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej