To była największa afera dopingowa w polskim sporcie. Na igrzyskach w Rio Zieliński był faworytem w kategorii 94 kg. Z wioski olimpijskiej wyleciał tuż przed startem. Zrobił to w ślad za swoim młodszym bratem Tomaszem. U obydwu stwierdzono obecność nandrolonu, najcięższego dopingu sterydowego, najcięższego przestępstwa sportowego. Razem ze sztangistą wioskę opuścił w trybie natychmiastowym indywidualny jego trener Jerzy Śliwiński.

W Rio wszyscy trzej zaprzeczali, jakoby mieli cokolwiek wspólnego z dopingiem, i twierdzili, że winne są awaria maszyny, błąd pomiaru, niewyjaśnione, niekorzystne okoliczności, nie wykluczali manipulacji i spisku przeciw nim. Mówili, że musieliby być skończonymi idiotami, biorąc doping, który utrzymuje się w organizmie 18 miesięcy. To drugie nie jest prawdą.

Badania dowodzą, że bracia kłamali, a co do trenera - nie jest i nie może to być przesądzone. Dowody na ich sportową zbrodnię są bezsporne, bo pochodzą z różnych źródeł: mistrza Europy Tomasza przebadała Światowa Agencja Antydopingowa zaraz po jego przyjeździe do Rio, mistrza olimpijskiego Adriana przetestowała polska komisja antydopingowa jeszcze przed igrzyskami.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej