W polskim kinie familijnym nędza. Dzisiejsze 30- i 40-latki mają swoją „Akademię Pana Kleksa”, swojego „Przyjaciela wesołego diabła” czy serie o Panu Samochodziku. Tyle że to samo pokolenie dorobiło się już dzieci, które na najnowszych polskich filmach dla najmłodszych nudzi się albo z politowaniem uśmiecha. Nic dziwnego: żeby ścierpieć takie dzieła, jak „Gabriel” czy „Karol, który został świętym”, trzeba naprawdę silnej woli.

I nagle, niemal znikąd, od debiutanta Mariusza Paleja pojawia się propozycja, która odwagą powinna zawstydzić naszych filmowców.

Pozosta這 89% tekstu
Artyku dost瘼ny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypr鏏uj cyfrow Wyborcz

Nieograniczony dost瘼 do serwis闚 informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazyn闚 Wyborczej