Po wyborach w 2015 r. Macierewicz i jego prawa ręka Kazimierz Nowaczyk próbowali zwerbować co najmniej sześć osób z komisji Jerzego Millera. Chcieli, by eksperci pracowali w nowej podkomisji smoleńskiej. Postawili im warunek: mieli uznać swój raport z 2011 r. za fałszywy.

Nowaczyk to jeden z polonijnych uczonych, którzy współpracowali ze smoleńskim zespołem parlamentarnym pod przewodnictwem Macierewicza, gdy PiS był w opozycji. Nie jest specjalistą od wypadków lotniczych ani nigdy się nimi nie zajmował, ale forsował hipotezę o zamachu i porównywał katastrofę smoleńską z mordem w Katyniu.

Nowaczyk i Macierewicz, od jesieni 2015 r. nowy szef MON, zaczęli werbunek od płk. Mirosława Grochowskiego, szefa Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów, i wiceszefa komisji Millera. – Z Antonim Macierewiczem spotkałem się ok. 20 listopada 2015 r., tuż po objęciu przez niego stanowiska ministra obrony narodowej. Sondował, czy byłbym gotowy odciąć się od ustaleń komisji Millera i wznowić badanie katastrofy. Dwa razy zapytał mnie dosłownie: „Czy chce pan pomóc państwu polskiemu?” – opowiadał płk Grochowski. – Macierewicz stwierdził, że raport komisji Millera jest fałszywy. To mnie utwierdziło, że chodzi o wejście w skład nowej komisji lub wznowienie prac. Byłem przewodniczącym [wojskowej] Komisji Badania Wypadków Lotniczych i to ja mogłem podjąć decyzję, żeby wznowić badania danego wypadku lotniczego albo katastrofy. Uznałem, że nie będę powtórnie badał czegoś, co zostało zbadane prawidłowo. Wnioski, które wypływały z raportu komisji Millera, były skuteczne i spowodowały poprawę stanu bezpieczeństwa lotów w lotnictwie sił zbrojnych.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej