ALEKSANDRA LEWIŃSKA: Nazwijmy wprost: co zrobiła polskiej szkole reforma minister Zalewskiej?

PROF. BOGUSŁAW ŚLIWERSKI – przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, ekspert Polskiej Komisji Akredytacyjnej: Chyba deforma.

Obawiałam się, że dla profesora to określenie zbyt nieprofesjonalne.

– Ale szalenie trafne! Nigdy nie przypuszczałem, że wejdzie do słownika nauk pedagogicznych. Ale rządowi PiS trzeba oddać: to jego dokonanie.

Zdefiniujmy więc „deformę”.

– To reforma wprowadzana bez jakiejkolwiek diagnozy, przewidywania konsekwencji. Wielkich konsekwencji, jak się okazało.

I najbardziej bolesnych dla najsłabszych. O dzieciach urodzonych w latach 2003 i 2004, a także części z roku 2005, która poszła do szkoły jako sześciolatki, już mówimy „stracone roczniki”.

– Powiedziałbym dosadniej: stracone i zdradzone. Są jak żywy organizm, za który zabrał się chirurg i pokroił „dla jego dobra”, mimo że nikt wcześniej nie postawił diagnozy. I przed cięciem nie wiadomo było, czy problemem jest trzustka, czy płuco. Ministerstwo nie przeprowadziło nawet najprostszej symulacji i nie przewidziało kumulacji roczników. A w oświacie zasada jest prosta: niż demograficzny to czas na wprowadzanie reform. Wyż – który przecież nie jest niespodzianką, wszystko wynika z danych GUS – to czas, gdy z reformami należy się wstrzymać. Dla dobra „pacjenta”. Tymczasem reforma stworzyła uczniom „świńską górkę”, katastrofalną kumulację.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej