Stopniowo, przez lata wprowadzali w swoich krajach zmiany ustrojowe. Dzisiaj wydają się one niemożliwe do odwrócenia.

Jak zadbać o większość konstytucyjną

W kwietniu 2010 r., gdy Viktor Orbán dochodził na Węgrzech do władzy, nic nie zapowiadało rewolucyjnych zmian, które miał przeprowadzić w kolejnych latach. Pierwszą oznaką nadchodzącej rewolucji były ogłoszenia, jakie pojawiły się kilka tygodni później na wszystkich budynkach administracyjnych. Rząd ogłosił powstanie Narodowego Systemu Współpracy, wezwał do „zgody narodowej” i ogłosił, że Węgry po raz pierwszy od 1944 r. stały się w pełni niepodległe.

Najważniejszą zmianą było uchwalenie nowego prawa wyborczego. Liczba mandatów do parlamentu została zmniejszona z 386 do 199. 106 posłów jest wybieranych w okręgach jednomandatowych, a pozostałych 93 – z ogólnokrajowych list wyborczych. Granice okręgów wyborczych zostały zmienione tak, by dominował w nich elektorat Fideszu. To pozwoliło Orbánowi w 2014 r. na ponowne zdobycie większości konstytucyjnej, choć partia zdobyła w 2014 r. o pół miliona mniej głosów niż cztery lata wcześniej. Na nowym prawie wyborczym najbardziej stratna była opozycja. W 2014 r. na zjednoczoną lewicę głosowało 26 proc. Węgrów, ale jej posłowie mieli tylko 13 proc. miejsc w parlamencie. Podobnie wówczas skrajnie prawicowy Jobbik – choć głosowało na niego 20 proc. wyborców, to dostał tylko 10 proc. mandatów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej