Wtedy jedna z wielu sowieckich, milionowych, smutnych, szarych dziur oplecionych rozsypującymi się blokowiskami. Dziś wspaniała, piękna, zielona, pełna niezwykłego wschodniego klimatu, środkowoazjatycka mikrometropolia (półtora miliona mieszkańców). Bez ulicznych korków, żebraków i pijaków walających się po trotuarze. Przebogate miasto zamieszkałe przez wieloetniczną mieszankę europejsko-azjatycką, przewspaniałe twarze, w których czytasz jak w księdze. Najbardziej europejskie miasto w regionie. Przyjazne, zadbane, rozrzutne, tętniące życiem, bawiące się, pędzące gdzieś, ale jakoś tak inaczej niż u nas - spokojniej, oszczędniej w ruchach, po azjatycku, żeby się nie spocić... Bo przecież gorąco jak diabli.

Ale w ulicznych ogródkach niezliczonej liczby ałmacińskich knajp, które są pełne przez cały dzień, kilometry cienkich rurek zraszają powietrze tak, że zmieniają klimat ulicy - niby rozrzutność nieprzyzwoita, ale baranie szaszłyki w chłodzie lepiej smakują.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej