Po dwóch dniach przerwy ruszamy wreszcie z Balikchi, na zachodnim koniuszku jeziora Issyk-Kul, na wschód, do Karakol, na drugim brzegu tego potężnego jeziora.

Możemy jechać północnym albo południowym brzegiem, bo droga mniej więcej taka sama, około 230 km.

Wybieramy brzeg południowy, bo okolica bardziej dzika, mniej ludna, prawie bez żadnych kurortów, a góry Tien-szan przytulają się do naszej drogi i jeziora niemal na dotknięcie ręki. Są tuż-tuż, bliziutko tak, że czujesz od nich chłodny oddech ogromnych lodowców.

Ta droga jednak nie przypomina w niczym kirgiskich dróg, po których jeździliśmy do tej pory. Dotychczas jechaliśmy cały czas sławną drogą M41, której budowa zakończona została ostatecznie ledwie 10-15 lat temu. Nawierzchnia południowej drogi wokół Issyk-Kul pamięta czasy Nikity Chruszczowa i jest po prostu w strasznym stanie, ale nie zdążyliśmy się jeszcze na niej dobrze rozpędzić, a przytrafia nam się na niej spotkanie, do którego w zasadzie nie ma prawa dojść.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej