Im niżej, tym więcej zieleni, pojawiają się polne kwiaty, kolory, jakieś krzewy o urodzie naszej kosówki. A potem rozpościera się przed nami przepiękny płaskowyż, który aż kipi od życia.

Wszędzie ogromne stada zwierząt: kóz, baranów, krów i potężnych, rogatych jaków. Po równinach galopują konie – bajka, w którą trudno uwierzyć po kilku tygodniach spędzonych w suchym jak wiór, pustynnym i wysokogórskim Pamirze. I w tym wszystkim jeszcze tłumy dzieci, ludzie się kąpią w potokach, grają w piłkę, krzątają, gotują, doją klacze, kozy, jaki. Oczu nie można oderwać. A jeszcze tyle koloru w tym wszystkim, że chce się żyć. To widok, którego nie doświadczyliśmy w Tadżykistanie. Misio mówi, że to wygląda tak, jakby na tym płaskowyżu urządzili kolonie dla wszystkich dzieci z Kirgistanu.

Dajemy się zaprosić na kumys do jurty Sanajbiega Iralifa, męża Aiszy, ojca Nursjeja, Toktukana i Apiela, Ipela, którzy są bliźniakami, oraz Munerbiega i Biegzy. Nasz gospodarz poza szóstką dzieci ma także po dziesięć koni, krów i jaków, sto baranów, dwadzieścia kóz, jednego psa do pomocy i uważa się za średnio zamożnego człowieka. Pół roku spędza z rodziną na tej górskiej równinie, a drugie pół roku w miasteczku Kulcza, gdzie ma solidny dom z wysuszonych na słońcu cegieł z gliny. Jego dzieci wtedy chodzą do szkoły.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej