Przez trzy dni pieścił się z nami, popychał. Pozwolił w drodze do Murgabu pokonać jednego dnia aż 108 kilometrów. Teraz nie daje żyć. Budzi się wczesnym popołudniem i rozpędza do 25-35 kilometrów na godzinę. Łatwo to zmierzyć, bo wystarczy pojechać przez chwilę razem z nim i spojrzeć na prędkościomierz. Kiedy wiatr ucicha, to znaczy, że gnasz z jego prędkością. Jedziemy o połowę wolniej. Znęca się nad nami cztery dni . Spotkani później Węgrzy mówią, że wcześniej sprawdzili na mapach pogody, jak wieje o tej porze roku i według tego ustalili kierunek jazdy - przeciwny do naszego.

Nasze komputery pokładowe pokazują, że na przełęcz wspinamy się sześć godzin i 23 minuty. To jest tak zwany czas jazdy. Czas, w którym kręcą się koła, czysta podróż, do której nie wlicza się wszystkich postojów, posiłków, przerw i chwil na złapanie oddechu. Cały dzień prowadzi synek, zasłania ojca od wiatru, ale i tak ostatnie cztery kilometry najbardziej stromych serpentyn rower prowadzę obładowany, staję co kilkaset metrów i łapię oddech.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej