Nim wjechaliśmy do kiszłaku i patrzyliśmy z góry, zrobiło nam się bardzo smutno. Pierwszy raz od przyjazdu do Tadżykistanu. Ani jednego drzewa, krzaczka, kwiatka, żadnej niemal roślinki. Poza pojedynczymi ździebełkami traw przy strumyku czy jakiejś kałuży - za sucho, po prostu. I za wysoko.

Domy postawione według ogólnego planu, miejsca zamieszkania wyznaczone przez kogoś tam, mało swojskości, sztucznie, nieprawdziwie, rozpaczliwie. Na pierwszy rzut oka widać, że w dawnych radzieckich latach ktoś wymyślił, że w tej suchej, wysokogórskiej dolinie powstanie pasterski kołchoz. A w czasach radzieckich było tak, że jak coś się wymyśli, zaplanuje, to nie ma siły, żeby tego się nie dało, choćby temu zaprzeczał rozsądek.

Właśnie tak na tym pustkowiu pobudowano Alichur - wielki kołchoz pasterski, do którego z całego Pamiru pozwożono ludzi. Niezupełnie to się udało, ZSRR padł na pysk, a z nim kołchoz i Alichur. Pozostał tylko kołchozowy smutek - gorsza odmiana smutku PGR-owskiego.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej