Tego dnia kilka tysięcy razy usłyszałem za sobą: „No i jak tam tatuś?”. A tatuś przechodził tego dnia kilka poważnych kryzysów, co skończyło się tak, że do przełęczy nie dotarliśmy.

Rozbiliśmy namiot 8 km przed metą na wysokości około 2500 m, a więc jakby na szczycie naszych Rysów.

W ciągu pięciu godzin pedałowania udało nam się pokonać tylko 39,5 km. Do przełęczy dotarliśmy następnego dnia, mijając się co chwilę z Dave'em z Manchesteru, który jedzie na rowerze aż z Turcji i planuje skończyć swoją podróż jak my - po objechaniu całego Pamiru.

Pod przełęczą jedziemy nie tylko wśród bajecznych kwietnych pól, ale także pól minowych, które są groźną pamiątką po tadżyckiej wojnie domowej z lat 90. O groźnym żelastwie w ziemi ostrzegają tablice rozstawione wzdłuż drogi.

Zjeżdżamy z przełęczy na łeb na szyję w stronę miasta Kalaichum, a na rogatkach - nieszczęście. Michałowi pęka i rozsypuje się łańcuch, a za chwilę - maszynka do naprawiania łańcuchów. Nieszczęście po prostu. Jedyna szansa na kontynuowanie podróży to dostanie się do Chorogu, stolicy Górskobadachszańskiego Wilajetu Autonomicznego, którego całe niemal terytorium zajmują góry Pamir.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej