Ale najpierw historyczny wstęp.

Pierwszy raz byłem w Azji Środkowej w 1997 roku. Chciałem objechać na rowerze cały region, zobaczyć pięć krajów, które były wtedy państwami w początkowym stadium formowania. Wyruszyłem od rosyjskiej granicy, przeciąłem cały Kazachstan, Kirgistan i legendarną radziecką drogą M41 ruszyłem z miasta Osz do Tadżykistanu. Ale na jego północnej granicy zostałem zatrzymany - w kraju ciągle trwała bardzo krwawa wojna, która pochłonęła sto tysięcy ofiar, więc nie zostałem wpuszczony. Zawróciłem więc na zachód w stronę Doliny Fergańskiej, Uzbekistanu i Tadżykistanu.

Chciałem objechać Pamir dookoła - jak teraz. To próbuję z Miśkiem, może tym razem się uda.

Znowu wyruszamy na M41, tyle że w przeciwnym kierunku - z Duszanbe do Osz.

Już wtedy skarżyłem się na mieszkańców Azji Środkowej, że bez przerwy, gdy pytałem o drogę, wprowadzali mnie w błąd. Na każdym kroku wymyślali, co im fantazja podpowie, udzielali absurdalnych odpowiedzi. Byłem w rozpaczy, aż kiedyś w uzbeckim mieście Andiżan na ulicy zobaczył mnie w takim stanie jegomość o europejskich rysach, Rosjanin, który wytłumaczył, że jeśli chcę gdzieś trafić, to muszę szukać kogoś takiego jak on, Rosjanina znaczy. Bo powie, co wie, albo powie, że nie wie. A Uzbek, Kirgiz i Tadżyk, nawet gdy nie będzie wiedział, to i tak coś wymyśli, żeby nie wyszło, że nie wie. I tak zostałem rasistą, gdy napisałem o tym wtedy w reportażu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej