Trzeci raz w życiu jadę zawodowo z synem Michałem. Płynąłem z nim kajakiem po Bajkale, gdy potrzebowałem załoganta, potem miałem potrzebę duszebną, jak mówią Rosjanie: nie chciałem tęsknić za domem w czasie dwumiesięcznego pedałowania na rowerze przez Chiny i Tybet. Teraz potrzebuję tragarza, bo lat mi nie ubywa, więc sam całego majdanu, który ciągnę ze sobą, nie wtarabanię, a przed nami półtora tysiąca kilometrów i przełęcze na wysokości prawie 4700 metrów. Mam dużą kamerę, aparat, obiektywy, dyski, komputer, żeby pisać, i sprzęt biwakowy z namiotem. 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej