Roman Imielski: Wołodymyr Zełenski będzie nowym prezydentem Ukrainy, w czerwcu obejmie urząd po Petrze Poroszence. Jak Rosja patrzy na tego nowego człowieka w ukraińskiej polityce?

Wacław Radziwinowicz: To jest dla Rosji twardy orzech do zgryzienia. Przede wszystkim trudno zrozumieć, co się stało i kim jest ten człowiek. Kiedy w 2014 roku przychodził do władzy Poroszenko, to wydawało się , że to bardzo trudny partner dla Rosji, bo Ukraina, wojna, Krym, Donbas. Ale Putin bardzo szybko po wygraniu wyborów złożył mu gratulacje i Rosja wiązała duże nadzieje z Poroszenką. Dlaczego? To bardzo proste. Poroszenko klasowo jest bardzo bliski Putinowi i jego oligarchom. To są wszystko bogaci ludzie, którzy prowadzą wielkie biznesy, więc on był jakby swój.

Jedna z fabryk koncernu Roshe należąca do Poroszenki jest w Rosji.

- On miał w Rosji wiele biznesów, więc przyjmowali go jak swojego, który wszystko zrobi dla forsy. My tutaj między sobą będziemy palić cygara i będziemy się dogadywać. To nie wyszło i Rosja bardzo się nim rozczarowała, dlatego z taką nienawiścią podchodzili w ostatnich latach do Poroszenki, który tak naprawdę okazał się przywódcą wojennym. Natomiast teraz mamy cały kłębek rzeczy zagadkowych, a jednocześnie już na samej powierzchni niebezpiecznych. Wydaje mi się, że coś zaiskrzyło w głowach ludzi na Kremlu, kiedy Zełenski powiedział: "Myśmy to zrobili. Zwracam się do innych narodów byłego Związku Radzieckiego, my mogliśmy i wy możecie". To strasznie niebezpieczne.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej