Witam państwa w naszym pięknym, europejskim studiu. Naszym, a właściwie moim gościem jest Wacek Radziwinowicz, wieloletni korespondent „Gazety Wyborczej" w Moskwie, filar działu zagranicznego, wybitny specjalista znający rosyjskie klimaty. Wacku drogi, ostatni raz rozmawialiśmy w listopadzie 2013 roku, zaczynał się zbierać euromajdan. Siedzieliśmy w twoim mieszkaniu w Moskwie, jedliśmy chyba... co myśmy wtedy jedli? Jak to się nazywało...?

- Prawdopodobnie bliny.

Nie, nie, to nie były bliny. Jeśli powiem „łuk", to nie będzie dobrze. Co to było…?

- Cebula?

Cebula z czymś zapiekana… No, nieważne. W każdym razie jedliśmy, bo musieliśmy jeść, ponieważ także piliśmy. I potem napisałeś donos na mnie, że zeszło tylko pół litra stolicznej.

- To nie był donos, to było ubolewanie, bo przywykłem do ostrzejszej jazdy, no, ale szanuję twoje europejskie korzenie. Człowieka z Zachodu nie można od razu rzucać na głęboką wodę.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej