Rozmowa z Christophem Bartmannem, dyrektorem Goethe-Institut w Warszawie

Aleksandra Sobczak: Bezpośrednio przed przyjazdem do Warszawy pracował pan w Nowym Jorku, wcześniej w Monachium, Pradze i Kopenhadze. Skąd pomysł, żeby zająć się mniejszymi miastami?

Christoph Bartmann: dyrektor Goethe-Institut w Warszawie: Bezpośrednim impulsem była narastająca fala populizmu na świecie i w Polsce. Od listopada 2016 r. jestem dyrektorem Goethe-Institut w Warszawie. Przedtem przez pięć lat pełniłem tę funkcję w Nowym Jorku. To co w USA w chwili mojego wyjazdu nabierało dopiero kształtu, w Polsce i Europie było już rzeczywistością. Mam na myśli konfrontację na polu kultury, w której biorą udział nieprzejednane obozy. Ponadto zarówno w USA, jak i w Polsce przeważyły głosy wyborców, których łączyło poczucie wyobcowania, krzywdy i potrzeba zemsty. To nie byli nawet ludzie, których można określić jako przegranych, tylko tacy, którzy uważają, że wygrali za mało. Rozczarowani zwycięzcy.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej