Temat prohibicji w miastach w całej Polsce pojawił się wraz z niedawną nowelizacją ustawy o wychowaniu w trzeźwości. Dała ona radnym możliwość wprowadzenia ograniczeń sprzedaży alkoholu. To przede wszystkim prawo do zakazania sprzedaży mocnych trunków w nocy. Zakaz dotyczy tylko sklepów i nie musi obejmować całego miasta, ale np. tylko jedną z jego dzielnic.

Gdy w przeglądarce Google wpiszemy „prohibicja w miastach”, dostajemy w ułamku sekundy 534 tys. wyników. Sopot, Mielno, Łódź, Piotrków Trybunalski, Bytom, Kraków, Katowice – to tylko niektóre miejsca, do których prowadzą linki.

Uzasadnienie wszędzie podobne: Mielno jest znane jako jedno z najbardziej imprezowych miast na wybrzeżu i słynie z dyskotek. Władze zamierzają to zmienić i deklarują, że nie chcą mieć wizerunku „polskiej Ibizy". Wolą stawiać na rodzinną turystykę. W Katowicach urzędnicy tłumaczą się troską o bezpieczeństwo w centrum, w Bytomiu podkreślają, że do ratusza wciąż napływały skargi na zakłócanie porządku publicznego w pobliżu całodobowych sklepów monopolowych. Dochodziło też do absurdów. W Piotrkowie Trybunalskim radni zagłosowali za „ograniczeniem”, a nie zakazem handlu alkoholem, co od razu wytknął im wojewoda i uchwałę zakwestionował. Wcześniej jeden z radnych kpił, że ktoś, kto będzie w nocy chciał się napić, to zamiast trzech butelek kupi dwie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej