Reportaż był opublikowany 7 kwietnia 1997 r. w "Gazecie Wyborczej"

Maria Stolarska, córka Zdzisława Kowalskiego, nigdy się nie pogodzi z tym, co zaszło. - Chodzi mi przede wszystkim o te dziewięć dni, kiedy ojciec jeszcze żył - mówi. - Powinnam być przy nim, bo tyle przynajmniej można zrobić, gdy umiera najbliższy człowiek. Stać obok, trzymać za rękę. A mnie przy nim nie było. Mam o to żal.

Do kogo ma żal? Nie wie. Minęło kilka miesięcy i nadal nie wiadomo, czy ktoś zawinił.

Pogodny ranek

Środa, 16 października. Zdzisław Kowalski, emerytowany dyrektor biblioteki UMCS, ubrał się lekko: sweter w bordowe wzory, jasne spodnie od dresu i granatowa kurtka. Rano, koło ósmej, wyszedł z mieszkania przy ulicy Raabego w Lublinie i wyprowadził z garażu niebieskiego "malucha". Z domu (a może z garażu) zabrał zieloną plastikową miskę i trochę cementu - jechał naprawić betonową opaskę wokół grobu żony. Zaparkował przy cmentarzu na Majdanku, niedaleko bramy. Dzień był ciepły, więc Kowalski zostawił kurtkę w samochodzie. Dokumenty w skórzanej saszetce wsunął pod siedzenie samochodu.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej