Tekst był opublikowany w "Dużym Formacie" 31 grudnia 2015 r.

- Zdaje się, Hala, że masz brata.

Doktor Hanberg siedział przy biurku wsparty jak zwykle łokciami o metalowe poręcze fotela. Zaniemówiłam. A zaraz potem pomyślałam, że to jego kolejny żart. Choć patrzył mi w oczy poważnie.

Był rok 1995, początek maja, jeden z pierwszych naprawdę słonecznych dni. Pojechałam do szpitala Karolinska w Solnej. To na północy Sztokholmu, uniwersytecki ośrodek. Znałam to miejsce aż za dobrze. Moje siostry zresztą też. Wszystko przez naszą chorobę - rzadką i nieuleczalną.

- Te same objawy, takie same zmiany. To samo DNA. Leczę go od dwóch lat - kontynuował lekarz.

- To niemożliwe - odpowiedziałam. Zawsze byłyśmy tylko my. I jak to, tu, w Szwecji?

Mleko i pomarańcze

Było nas w domu pięć dziewczyn: Krysia, Grażyna, Jadzia, Marysia i ja - Halina. Urodziłam się jako trzecia z sióstr. Miałam jeszcze dwóch braci, ale zmarli w niemowlęctwie. Lekarze nie wiedzieli dlaczego.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej