Tekst był opublikowany w "Gazecie Wyborczej" 3 października 2018 r.

CZYTAJ TAKŻE: Cykl "Reportaże, które zmieniły świat" w nowym wydaniu magazynu "Wyborcza Classic"

Stanley miał tak przywitać w 1871 r. słynnego podróżnika Davida Livingstone'a, który pięć lat wcześniej zaginął podczas poszukiwań źródeł Nilu.

Dziennikarz odnalazł go nad jeziorem Tanganika w dzisiejszej Tanzanii w ramach pierwszej w dziejach ekspedycji ratunkowej zrealizowanej na zamówienie redakcji prasowej. Finansował ją James Gordon Bennett jr, wydawca "New York Heralda".

Każdy reporter musi w jakimś stopniu wymyślić siebie samego, ukryć się za podmiotem narracyjnym. Stanley wymyślił siebie całego, razem z nazwiskiem.

Przyszedł na świat w małym walijskim miasteczku jako John Rowlands, bękart. Matka okryta niesławą wyjechała do Londynu pracować jako służąca. Chłopca wychowywał dziadek, potem wylądował w przytułku, workhouse. Dzieci zmuszano tam do praktyk modlitewnych przypominających torturę. Przewinienia karano biciem. Trudno powiedzieć, na ile relacja Stanleya jest rzetelna, bo wszystko to kończy nieprawdopodobna scena buntu i ucieczki z przytułku. W 1859 r. zaokrętował się na amerykański statek handlowy, na którym trafił do Nowego Orleanu. Pracował dla handlarza bawełny i wymyślił sobie nazwisko, które zawdzięcza rzekomo innemu handlarzowi bawełny.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej