Mam wrażenie, że twoje zdjęcia newsowe są w „Wyborczej" od zawsze.

- Od 1991 roku. Czyli prawie od początku.

Co się zmieniło w pracy fotoreportera po 1989 roku?

- Przede wszystkim zyskaliśmy dostęp do polityków. W czasach PRL-u do Sejmu czy na zjazdy PZPR wchodził jeden fotograf, który wykonywał jedynie słuszne zdjęcia rozsyłane następnie do wszystkich tytułów prasowych. Społeczeństwo w zasadzie nie miało pojęcia, kiedy obraduje Sejm, czy zaprezentowane w prasie zdjęcia powstały podczas sesji letniej czy zimowej. Czasem trudno było odgadnąć, czy na okładce magazynu znajduje się aktualny portret przewodniczącego partii czy też może ten sprzed dziesięciu lat.

W 1989 roku wszystko uległo zmianie. Fotoreporterzy zaczęli być wpuszczani praktycznie wszędzie. W parlamencie swobodnie przechadzali się między nowo wybranymi posłami i z bliska robili im portrety. Niektórzy całymi dniami kucali pod fotelami posłów tylko po to, by uchwycić coś mniej oficjalnego. To było prawdziwe eldorado. Wystarczyło chwilę postać na korytarzu sejmowym, by sfotografować przechodzącego z termosem Jacka Kuronia. A on nie protestował.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej