Duży Format nr 18, wydanie z dnia 23 stycznia 2017 r.

Był pan hippisem?

- Urodziłem się trochę za późno. Mój rocznik ’58 był "sandwiczowy", pomiędzy hippisami a punkami. Za to spóźnienie zapłaciłem słono, bo pierwsza połowa lat 70., na którą przypadła moja młodość, to najkoszmarniejszy czas w kulturze: Abba, disco, fryzury na małpę, sukienki zwane bananówami...

Sukienki panu się nie podobały?

- Żeby tylko. To skretynienie ówczesnej kultury widoczne było wszędzie: w modzie, muzyce, stylu życia. Infantylizm, samozadowolenie, przestawienie zwrotnic na wartości, które kontrkulturze były obce: pogoń za sukcesem, wyścig szczurów, konsumpcja.

Chyba w świecie zachodnim, bo jaka to była konsumpcja w PRL-u?

- U nas było to jeszcze bardziej absurdalne niż na Zachodzie, bo zbudowane na fałszu i podlane propagandą sukcesu. Przyszedł Gierek i ogłosił: bogaćcie się! Udławić się można taką wolnością. Że niby otwarcie na świat: do konstytucji wpisuje wierność socjalizmowi, a obywatelom socjalistycznego państwa podsuwa coca-colę, puszki soków Dodoni, polskie dżinsy zwane teksasami, małego fiata, a w Sopocie Drupiego.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej