Tekst był opublikowany w "Gazecie Wyborczej" 22 lutego 2017 r.

Na pierwszym był nawet ksiądz. Przebieraniec, oczywiście. Dziewięć lat temu w sali bankietowej zajezdni autobusowej w Bydgoszczy w czasie Wielkiego Postu (bo wtedy najtaniej) spotkało się ok. 40 studentów, głównie prawa i stosunków międzynarodowych, oraz ich znajomi. Po rosole wznieśli kielichy. Tańczyli do rana, z przerwą na oczepiny, gdy Hanna Stępień, organizatorka, wyjęła welon i starą suknię ślubną, którą wyszperała w lumpeksie.

Ma 29 lat, skończyła prawo, pracowała w kilku bankach i biurze sprzedaży Lidla. W tym roku zorganizowała wesele bez pary młodej już po raz dziewiąty. W karnawale, w hotelowej restauracji, z profesjonalnym didżejem, fotografem, kamerzystą.

- Wymyśliłam niby-wesela, gdy miałam 19 lat, razem z moim ówczesnym partnerem - opowiada. - Bardzo lubiłam się na nich bawić, a poza sezonem, od jesieni od wiosny, zdarzały się rzadko. Mój facet powiedział: zróbmy sobie wesele. I to nie były oświadczyny ( śmiech). Pierwsze imprezy robiliśmy razem, potem się rozstaliśmy, on jest szósty rok w podróży dookoła świata, ja wesela robię sama. Nie przypuszczałam, że ze studenckiej imprezy zrobionej dla żartu wyrośnie moda.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej