Reportaż był opublikowany w "Dużym Formacie" 19 grudnia 1997 r.

Co mówią o Marku Skrzyńskim inni architekci? "Modny" - z uznaniem; "raczej wzięty" - z przekąsem; "kontrowersyjny" - ostrożnie; "robi Disneyland" - lekceważąco.

Wszyscy zgadzają się co do jednego: "Skrzyński tłucze niezłą kasę"

Umawiam się z nim przed wjazdem do osiedla Empire w Konstancinie-Jeziornie.

- Jak się poznamy? - pytam.

- Przyjadę albo busikiem w kolorze czerwonego burgunda, albo czarnym pontiakiem - zapowiada architekt.

Jednak pontiak. Z samochodu wysiada rosły mężczyzna około pięćdziesiątki, o ostrych rysach, w skórzanej kurtce. Mile zaskakuje mnie jego ciepły głos. Marek Skrzyński obawia się tylko, że będę pokpiwać z jego projektów, miał już takie przejścia z dziennikarzami. Obiecuję, że nie będę kpić.

Pierwszy krok

Marek Skrzyński skończył architekturę na Politechnice Warszawskiej. Na początku lat siedemdziesiątych Urząd Rady Ministrów zamówił u niego projekt prominenckiego osiedla domków przy ulicy Sobieskiego w Warszawie. Osiedle, zwane popularnie "złodziejówką" albo "czerwoną pasieką", dziś wygląda banalnie, ale wtedy uderzało innością i luksusem.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej