Reportaż był opublikowany w "Dużym Formacie" 16 lutego 2012 r.

Gdy dekadę temu Ola i Marcin Sawiccy zdecydowali się porzucić Warszawę i zamieszkać w małej wsi niedaleko granicy ze Słowacją, usłyszeli od rodziny i przyjaciół, że są nieodpowiedzialni. Jak można ryzykować wszystko, co osiągnęli, skazać siebie i dzieci na niepewną przyszłość? - Byliśmy pełni obaw, ale postawiliśmy na swoim, bo taka szansa nieczęsto się zdarza - mówi Marcin.

Tą szansą była wiejska szkoła, w której etatów było niewiele mniej niż dzieci. Zanim wójt Koszarawy zaproponował Sawickim jej przejęcie, liczył, liczył i zachodził w głowę, jak ją utrzymać. Uczniów w ostatnich latach było tylko kilkunastu. Na każdego dostawał od państwa około 300 zł subwencji, a prawie dwa razy tyle musiał dopłacać z budżetu gminy. - Sawiccy zdjęli ze mnie i z całej gminy ciężar, jakim było utrzymanie tej szkółki. To był worek bez dna, który rujnował nasz budżet - przyznaje Władysław Puda.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej