Rozmowa była opublikowana w Dużym Formacie 25 listopada 2010 r.

Często dzwoni telefon?

- Teraz już rzadko. Moją decyzję o odejściu z zawodu długo uważano za jakieś fochy, teraz reżyserzy zrozumieli, że to poważnie. Czasem dzwonią debiutanci. Liczą, że uwiedzie mnie świeżość ich pomysłu na film.

I co pan mówi?

- "Dziękuję, nie". To jest niezmienne.

Ale czyta pan chociaż scenariusz?

- Po co? Nie zamierzam rozbudzać w sobie emocji, które wygasły. Nie chodzę do kina, do teatru to już w ogóle. Oddaliłem się.

Wajda - kiedy ostatnio dzwonił?

- Przy "Katyniu". Z propozycją roli generała.

I co?

- To samo: nie zagram.

A jak się odmawia Wajdzie?

- Grzecznie.

Mówi: "U mnie nie zagrasz?".

- Ależ skąd, Andrzej jest taktowny. Powiedział, że rozumie. W przypadku "Katynia" miałem podwójną motywację. Poza niechęcią do grania doszło to, że Katyń to narodowa liturgia. A ja mam odruch odstadny. Jak mi każą iść wężykiem po sali, to ja nie lubię wężykiem.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej