Rozmowa była opublikowana w "Dużym Formacie" 30 października 2017 r.

Po 15 latach odeszła pani z pracy w hospicjum.

- Dokładnie po 14 latach i 9 miesiącach. Ta decyzja dojrzewała we mnie co najmniej od trzech lat. Było przewlekłe zmęczenie mimo dużej ilości snu. Brak rytmu, codziennych rytuałów, życia poza pracą. Spośród wąskiego grona przyjaciół regularny kontakt utrzymywałam z kilkoma osobami, w tym dwie były z hospicjum.

Cały czas się dokształcam, z uwagi na podjęte studia psychoterapeutyczne od czterech lat przechodzę własną psychoterapię. Moja psychoterapeutka często dziwiła się, że tak "łatwo" mówię o śmierci, że mnie to nie porusza. Miałam wielkie szczęście, że pięć lat temu poznałam profesjonalną psychoonkolożkę Jadwigę Koźmińską-Kiniorską ze Świętokrzyskiego Centrum Onkologii w Kielcach. Zauważyła: "Masz smutne oczy, nie bawisz się". Poprosiłam ją o superwizję, która trwała pięć lat. Spotykałyśmy się raz na kwartał, czasem co miesiąc. Mozolne, cierpliwe rozmowy sprawiły, że zaczęłam się "roztapiać", czuć i rozumieć siebie.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej