Reportaż był opublikowany w "Dużym Formacie" 10 września 2009 r.

John Kelly to rosły, zażywny gość po pięćdziesiątce. Mówi nienaturalnie głośno, wszędzie go pełno. Włączysz wiadomości - John. Otwierasz gazetę - John. Oskarża, demaskuje, żąda, przepycha się z policją, prowadzi marsz przez centrum Dublina. Na pytanie, czy nie boi się ze mną rozmawiać, skoro prawnie mu nie wolno, wybucha: - Mam to gdzieś! Teraz oni boją się mnie!

Mały Kelly to przeciwieństwo dużego. Zastraszony, nigdy nie patrzy w oczy. Nie ma imienia. Najczęściej mówią na niego 253. Ten numer ma wypisany na spodniach, majtkach i butach.

Człowiek i podczłowiek

Choć ma dopiero 13 lat, pracuje przy kopaniu torfu. Torf służy do palenia w piecach, ale w sypialni, gdzie mały Kelly śpi z 50 innymi chłopcami, nie pali się nawet w zimie. Mokre po pracy ubrania nie wysychają, a świeże dostają raz w tygodniu. Nie ma pasty do zębów. Trzy bolące zęby niewprawnie Kelly’emu wyrwano i wszystkie trzy złamano u nasady. Rano i wieczorem - chleb z dżemem, obiad - wspólna dla wszystkich micha ziemniaków. Brat klaszcze trzy razy w dłonie i start. Wszyscy się rzucają. Wiadomo, że najpierw dorwą się starsi, wyżsi.

Za płacz w nocy dostają kijem po głowie. Za nierówne stanięcie w szeregu - pięścią w nos. Za rozmowy podczas posiłków - chłosta. Mały Kelly jest tutaj po to, by oczyścić swoją duszę z grzechu. Służą do tego pasy, które chłopcy sami produkują. Zszywa się dwa kawałki skóry, a do środka wkłada to, co poleci zleceniodawca. Jeden brat każe wszywać monety. Inny kawałki ołowiu. Inny lubi, jak przez całą długość paska przeciągnięte są miedziane druty.

Mały Kelly najbardziej boi się paska z drutami. A jeszcze bardziej boi się brata B.

Plask - bije Kelly’ego po twarzy brat B. "Brudny chłopiec, nieczysty" - mruczy z dezaprobatą - i plask z drugiej strony. Siedzą w ciężarówce. Kelly trzęsącymi się rękami próbuje rozsmarować dżem na kanapkach. "I tu się zabrudziłeś, i tu - ręka duchownego wędruje głęboko w spodnie chłopca, ściska mocno. Chłopiec krzyczy. - Boli? Chrystus nie taki ból znosił dla naszego zbawienia".

Chłopiec wybiega z samochodu.

Wieczorem B. wchodzi za nim pod prysznic, namydla mu głowę. Mydło wdziera się do oczu, Kelly krzyczy, nie wie, czy ratować oczy, czy pośladki, z którymi zaczyna się dziać coś niepokojącego. Brat trzyma go namydloną ręką za czoło, a ból z tyłu staje się przeszywający i rytmiczny.

"Penis? Nie, niemożliwe - myśli gorączkowo chłopiec. - Boże, spraw, żeby to był tylko palec".

Pod natryskiem zostaje krew. Zakonnik wyciera starannie chłopca i prowadzi do kuchni: "Biedak wpadł dziś do torfowiska, należy mu się dobra kolacja" - mówi do kuchennego. Kelly dostaje kiełbasę. B. dodatkowo wkłada mu do kieszeni cukierka. Kładzie palec na ustach i uśmiecha się mdło.

"Jednak penis" - myśli chłopiec.

Jest noc, mały Kelly leży w łóżku, trzęsąc się. Wpadło ich sześciu, wyrwali z łóżka jego kolegę, chłopca jeszcze mniejszego niż on. Wyciągnęli na korytarz. Stare mury niosą płacz dziecka. Dudnią uderzenia ciężkim pasem. "Z kim zamierzałeś uciec? - krzyczy ojciec przełożony - Odpowiadaj". Kelly modli się w łóżku, do Boga, do mamy. "Kto był z tobą?" - słyszy zza drzwi. I zdławiony głos przyjaciela: "Kelly".

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej