Rozmowa była opublikowana w "Dużym Formacie" 4 grudnia 2017 r.

CZYTAJ TAKŻE: Nowe wydanie magazynu "Wyborcza Classic"

Miała pani 18 lat, skończyła szkołę średnią i zamierzała studiować dziennikarstwo. A zamiast tego wstąpiła pani do sekty.

- Miałam chłopaka starszego o pięć lat. Imponował mi. Kończyłam szkołę, a on już pracował, m.in. jako pielęgniarz w szpitalu, grał w zespole rockowym, który był rozpoznawalny w Halmstad, naszym miasteczku. I coraz mocniej interesował się scjentologią. Czytał książki, chodził na wykłady i kursy. Wciągałam się. Po dwóch latach zaczęłam pracować na jej rzecz w public relations: redagowałam czasopisma i ulotki, prowadziłam audycje radiowe, robiliśmy spoty reklamowe, filmy, by przyciągnąć jak najwięcej nowych ludzi do scjentologii.

Rekrutowała pani osobiście?

- Tym zajmują się kościoły, które obecne są praktycznie w każdym większym mieście. Z Halmstad przeniosłam się do Malmö, głównej siedziby scjentologów. Mój związek rozpadł się i poznałam pierwszego męża, Billa Lindsteina, lidera scjentologów w Malmö, urodził nam się syn.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej