Tekst był opublikowany w "Dużym Formacie" 1 kwietnia 2010 r.

Jezus: To nie moja krew, to triki teatralne

Jezus ma 45 lat, zaczyna siwieć. Jest kawalerem, mieszka z mamą, siostrą i szwagrem. Chciał być księdzem, został informatykiem, pracuje w banku. Fascynuje go buddyzm i fizyka. Dba o sylwetkę, korzysta z siłowni przy duszpasterstwie, biega. Ma słabość do coca-coli. Znajomi mówią o nim: - Niesłychanie spokojny człowiek, sympatyczny, skryty.

Wstąpił do seminarium. - Ale widocznie Panu Bogu byłem potrzebny gdzie indziej - mówi. Nie dopuszczono go do święceń. - Właściwie do tej pory nie znam powodów. Nie pasowałem do schematu, tak to sobie tłumaczę.

Temat pracy magisterskiej na teologii: związki między medytacją buddyjską a chrześcijańską. - Stwierdziłem, że coś jest w medytacji buddyjskiej ważnego, co być może w chrześcijaństwie zostało gdzieś zakopane głęboko pod ziemią.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej