Reportaż był opublikowany w "Dużym Formacie" 12 listopada 2007 r.

Na mityng Anonimowych Seksoholików trafiłem na ich własną prośbę. Zanim weszliśmy, trochę kluczyliśmy. Salka była wąska. Tak wąska, że ledwo mieściła długi stół i siedzących przy nim mężczyzn.

- Tylko pamiętaj, że nie możesz ujawnić miejsca, w którym się spotykamy - przypomniał ten, który mnie przyprowadził.

- I nie podawaj imion i nazwisk - dorzucił drugi. - Nie chciałbym, żeby w mojej pracy wiedzieli, że jak widzę sekretarkę, to potem lecę do ubikacji i się masturbuję.

- My podajemy tylko numer telefonu i adres mailowy. Jak ktoś chce do nas przyjść, musi zadzwonić lub napisać - powiedział trzeci.

- Zadajemy mu wtedy standardowe pytania - włączył się czwarty. - Co cię sprowadza? Czego oczekujesz? Czego pragniesz zaprzestać?

- Doświadczenie naszych amerykańskich przyjaciół uczy, że bardzo często przychodzili ludzie, którzy albo szukali sensacji, albo obiektów - wyjaśnił piąty.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej