Rozmowa była opublikowana w "Dużym Formacie" 23 stycznia 2017 r. 

Za co pan lubił Wisłocką?

- Fajna babka była po prostu. Ciekawie się z nią rozmawiało.

Mieliśmy wspólne poglądy i zajmowaliśmy się mało wówczas popularną edukacją seksualną. Pracowaliśmy razem w różnych poradniach. Energiczna, czasami wręcz brutalna.

Gdy "Sztukę kochania" przesłano 11 recenzentom, tylko pan i nieżyjący już profesor Stefan Soszka oceniliście książkę pozytywnie.

- Z ginekologami miała na bakier, ale nie jestem ginekologiem, więc wiem, o co im szło.

Od środowiska ginekologicznego dostałem informację, że są na mnie oburzeni i chcą, abym wycofał swoją recenzję. Bo książka jest wbrew ich opinii, wszyscy są przeciw, a ja się wychylam.

Jeden z profesorów, już nie pamiętam nazwiska, ale jakoś niedawno wsadzili go do więzienia w Poznaniu, nasłał lekarkę, która miała mnie przekonać. Odpowiedziałem, że on ani nie jest seksuologiem, ani popularyzatorem, więc dlaczego w ogóle zabiera głos, poucza mnie i wydaje polecenia.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej