Rozmowa opublikowana w Gazecie Wyborczej, wydanie z dnia 23/02/2014.

DARIUSZ WOŁOWSKI: Myśli pan, że po dwóch złotych medalach w Soczi Kamilowi Stochowi nie będą już ciążyły porównania do Adama Małysza? Kiedyś mógł je traktować jak wywieranie na niego niepotrzebnej presji sukcesu, dziś ma prawo czuć się skoczkiem spełnionym.

ADAM MAŁYSZ: Myślę, że Kamila nie będzie się już porównywało ze mną, ale wszystkich innych chłopaków do niego. Dziś on jest mistrzem, punktem odniesienia, następni będą chcieli skakać jak on i osiągnąć tyle co on. To jest normalna kolej rzeczy. Tak jak nasze następne biegaczki będą porównywane do Justyny Kowalczyk.

To pierwszy przypadek w historii polskiego sportu, kiedy igrzyska zimowe przebiły sukcesami letnie. Jak pan to odbiera?

- Fajnie. Kiedyś byliśmy przyczepieni do sportów letnich jako taki niechciany, biedny krewny. Wystarczyło spojrzeć na nasze stroje. Kiedy firmy odzieżowe podpisywały umowy z PKOl na ubiory dla dyscyplin letnich, nas na siłę do tego doczepiano. Bywało tak, że część ekipy zimowej chodziła w ubraniach jednej firmy, część w drugiej, a to, co zostało, było dla nas. Dziś jest inaczej.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej