Latem Candi Castleberry-Singleton, dyrektor od różnorodności w Twitterze, spotkała się z pracownikami, żeby przedyskutować, czy czują się w pracy mile widziani. Pośród tych, którzy powiedzieli, że czasem czują się wykluczeni, byli – według świadków tego zdarzenia – ludzie deklarujący konserwatywny światopogląd.

Te informacje odzwierciedlają napięcie w Dolinie Krzemowej, gdzie firmy technologiczne dążą do umocnienia różnorodności na każdym poziomie wśród setek tysięcy swoich pracowników. Dla szefów tych firm, w większości zorientowanych na lewo, oznacza to także dbanie o różnorodność ideologiczną, a nie tylko włączanie grup zwyczajowo niedostatecznie reprezentowanych, takich jak kobiety czy mniejszości etniczne.

„Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy inkluzywności” – napisała (oczywiście na Twitterze) Castleberry-Singleton.

Szefowie Twittera czy Google’a kładą na to nacisk, ponieważ miliardy ich użytkowników na świecie prezentują szerokie spektrum poglądów. A wrażenie, że stronniczość pracowników wpływa w jakiś sposób na produkt czy usługę firmy, mogłoby zaszkodzić jej reputacji.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej