Na drodze prowadzącej do szpitala Kabgayi w środkowej Rwandzie stoi pielęgniarka. Najpierw dociera do niej dźwięk, jakby bzyczenie komara. Po chwili nad jej głową pojawia się dron i wyrzuca przymocowane do spadochronu czerwone pudełko, które swobodnie opada i w końcu ląduje na drodze. W pudełku są trzy worki z płytkami krwi, z którymi kobieta biegnie do szpitalnego centrum transfuzji, gdzie są pilnie potrzebne. Dostawa, która zazwyczaj trwa nawet ponad trzy godziny, tym razem zajęła 15 minut.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej