Tekst był opublikowany w "Gazecie Wyborczej" 8 marca 2008 r.

To był chyba już marzec 1969 r. Jednego dnia wszystkich niemal skazanych za "wydarzenia marcowe 1968" wywożono z aresztu na Rakowieckiej do więzień karnych. Udało mi się, jechałem w suce z Jackiem Kuroniem, on do Wronek, ja dalej, do Potulic. Nie widzieliśmy się równo rok, za nami było śledztwo, proces, wyroki. Pamiętam jak dziś jedno z pierwszych zdań, jakie padły,

już nawet nie wiem, czy bohatera filmu "Grek Zorba" pierwszy zacytował Jacek, czy ja: "Jaka piękna katastrofa". Nie chodziło o to, że była piękna, ale że niespodziewanie duża.

Nikomu z nas, kilkunastu osób, które podejmowały decyzję o wiecu 8 marca na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, ani z szerszego środowiska uczestniczącego w wydarzeniach, które do wiecu doprowadziły, nie przyszło nawet do głowy, że wydarzenia mogą nabrać takiej skali. Nikt nie spodziewał się tak brutalnej pacyfikacji wiecu ani tym bardziej protestów studenckich we wszystkich ośrodkach akademickich. Zmasowana antysemicka kampania i emigracja tysięcy ludzi - to było w ogóle nie do pomyślenia.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej