Reportaż był opublikowany w "Magazynie", dodatku do "Gazety Wyborczej", 7 stycznia 1994 r.

Jacek P., lat 26: - Aby mama nie wiedziała, że jest chora na raka, leżała na chirurgii. Gdy widzieliśmy się ostatni raz, była z czegoś niezadowolona, miała pretensję o jakiś drobiazg. Pojechałem do domu podenerwowany, a ona tej nocy umarła. Umierała kilkadziesiąt minut; lekarz i siostra oddziałowa mieli mój numer telefonu i nikt do mnie nie zadzwonił. Rano okazało się jeszcze, że już po moim wyjściu ze szpitala telefonował brat mamy i nie pozwolono jej z nim porozmawiać.

Po mamie dali mi w szpitalu worek, a w nim brudną bieliznę, dwie pomarańcze i dowód osobisty.

Tyle zostało z żywego człowieka. Plus poczucie winy, że umierała sama, z pretensją o ten drobiazg.

Wykreślenie

Najgorsze jest umieranie w szpitalu państwowym.

Umierający człowiek to rezultat bezsilności lekarzy. Przypadek, o którym trzeba zapomnieć. Jeśli nie chce go rodzina, leży spisany na straty.

Dr chemii Nina Szeptycka z Warszawy, która społecznie zajmuje się umierającymi, odwiedziła wiele stołecznych szpitali: - Widziałam pacjentów, którzy nie trzymali kału, nie trzymali moczu, a sprzątano po nich raz dziennie, przed obchodem lekarskim, rano. Sama podnosiłam pacjentów z podłogi, bo nikt nie zauważył, że spadli z łóżka.

Degradacja umierających zaczyna się od naruszania ich poczucia godności. Socjologowie z Uniwersytetu Warszawskiego w obszernej pracy naukowej przytoczyli najczęstsze przykłady naruszania godności: posług przy chorych nie dokonuje się w ogóle (często wychodząc z założenia, że jeśli ktoś niebawem umrze, to po co go myć); posługi, na przykład zmiana pieluch, wykonuje się przy otwartych drzwiach; obsługujący rozmawiają ze sobą o sprawach nie dotyczących chorego, uprawiają gadulstwo "ponad nim" itp. Umierającego wystawia się na korytarz, zasłania parawanem i zostawia.

Kapelan z 15-letnim stażem posług w szpitalach ma taki lęk: - Zawsze mnie to męczyło... budzę się przed śmiercią i chcę może coś powiedzieć... chcę kogoś, a tu jest pusta ściana, korytarz, parawan.

W Polsce, poza śmiercią nagłą - na serce, najczęściej umiera się na raka.Gdy leczenie onkologiczne jest już zbędne, rozpoczyna się tzw. terminalny okres choroby: czas przygotowania do zgonu. W szpitalach brakuje miejsc, więc pacjentów selekcjonuje się. "Przypadki beznadziejne" lekarze usiłują wypisać do domu.

Dr med. Teresa Falkowska z Warszawy, 38 lat w zawodzie: - Chorych terminalnie przerzuca się jak w ping-pongu: szpital ich nie chce, a dom się ich boi. Krewni czują, że towarzyszenie umierającemu to zadanie ponad ich siły. Okres terminalny dla obu stron staje się czasem udręki. Lekarze rejonowi najczęściej nie przychodzą do domu. To rodzina chodzi do nich. Wypisują recepty na środki przeciwbólowe i na tym koniec.

Nagle mieszkanie staje się zbyt ciasne. Z życia trzeba wyłączyć jeden pokój. Rodzinę irytuje ciasnota, rodzi się agresja. Bliscy mają poczucie winy, że muszą chorego zostawiać samego na wiele godzin. Przy pewnych postaciach raka mieszkanie przepełnia smród. Do pokoju - cuchnącego zabrudzoną pościelą, ropą, potem i moczem - wchodzą nieliczni, tylko ci, którzy potrafią opanować odrazę.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej