Rozmowa ukazała się w Magazynie Świątecznym 26 października 2013 r.

Wiedzą pod Hanowerem, kim pan jest?

- Wystarczy, że Polacy pamiętają, nie czekam, żeby mnie rozpoznawano w Niemczech. Ale w ośrodku olimpijskim, gdzie trenuję zawodników, oczywiście kojarzą. W szkole, w której uczę wuefu - też. Dzieci pytają: "Pan coś wygrał?". "No tak". "A medal pan ma?". "Mam". "A jaki?". "Złoty". "Naprawdę?". Czasem im pokażę nagranie z zawodów, siadamy sobie, oglądamy, biją brawo. Nauczyciele nie są tacy ufni: "Co z tego, że olimpiadę wygrałeś, skoro w Moskwie połowa zawodników nie startowała".

I nie liczy się dla nich to, że pobił pan wtedy rekord świata?

- Jaki rekord: "Nie wiadomo, czy normalnie skoczyłeś tak wysoko, czy się naszprycowałeś jak nasi enerdowscy zawodnicy". Kiedyś tak to obśmiałem, że mówi mi potem taki jeden: "Nie chcę, żebyś mi mówił dzień dobry". Nie będę.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej