Tekst był opublikowany w „Gazecie Wyborczej”6 września 1997 roku

Na jednej z ostatnich fotografii uśmiecha się dyskretnie. Odprężona twarz, bez śladu stresów. Trochę krzywy nos, lekko krzywe zęby, delikatny makijaż wokół filuternych oczu, niezbyt zadbana fryzura, skromny, choć gustowny strój. Nie księżna. Diana. Po prostu.

Wreszcie była sobą? Czy znalazła to "prawdziwe szczęście" w związku z egipskim miliarderem - playboyem?

Na zdjęciach promieniuje. Taka przejdzie do legendy.

"Wyrzucona” z rodziny królewskiej, której gorsetu nie mogła znieść, odważyła się pójść swoją drogą - kobiety wolnej w wyrażaniu emocji, zwłaszcza wobec cierpiących, ale bez nachalności. Ale też mimo rozbicia małżeństwa, co w królewskiej rodzinie jest jeszcze bardziej kłopotliwe niż w zwykłej, umiała dać synom ciepło, fantazję, może i szaleństwa. Dzieliła z nimi zwykłe przyjemności życia - kino, McDonald'sa, morskie przejażdżki. Ale ostatnie dni spędziła na luksusowym jachcie na Morzu Śródziemnym, zaś ostatnie godziny - na wspaniałej kolacji w najszykowniejszym z hoteli, owianym legendą Ritzu.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej