W Polsce wszystko obsesyjnie nam się kojarzy - przede wszystkim z PRL-em. Popularne w całej Europie transfery społeczne to "czy się stoi, czy się leży", progi podatkowe to czysty socjalizm (nic to, że w USA podatek dochodowy sięgnął kiedyś 94 proc.), a bank rozbiła niedawno Agata Bielik-Robson, której na łamach "Wysokich Obcasów" z PRL-em skojarzyła się nawet akcja #MeToo (zresztą zapoczątkowana w USA).

Nic więc dziwnego, że kiedy w jednym z rządowych dokumentów pojawiła się wzmianka o dodatkowym podatku dla osób bezdzietnych, komentatorzy i komentatorki zgodnie uznali pomysł za "peerelowskie bykowe" - bawiące do łez i wywołujące skojarzenia.

Problem w tym, że płacimy bykowe - jak Europa długa i szeroka. Nie istnieje na naszym kontynencie kraj, w którym klin podatkowy dla osób bezdzietnych i rodziców byłby równy: przeciętnie (dane OECD) dla osób bezdzietnych jest o aż 10 proc. wyższy niż dla osób posiadających dzieci. W Niemczech bykowe płaci się wprost: jako dodatkowe 0,25 proc. dochodu do składki pielęgnacyjnej. Do tego odwrócone bykowe: niemieckie Kindergeld czy polskie 500+.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej