Grudniową informację premiera o tym, że mimo wzrostu cen prądu jego odbiorcy wcale nie zapłacą więcej niż w 2018 roku, większość przyjęła z ulgą. Co złego jest w tym, że rząd wspiera obywateli w płaceniu rachunków albo odciąża rozwijające się dynamicznie polskie firmy? – pomyśleli. Każdy spokojnie wrócił do świątecznych dań i sylwestrowych przygotowań.

Potem robiło się coraz bardziej nerwowo, bo minister energii – zmuszony „użerać się” z unijnymi urzędnikami – wstrzymywał się z wydaniem rozporządzenia, które faktycznie zamroziłoby ceny.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej