Strzelam, że na postulat ujawnienia płac – nie tylko w budżetówce, ale i w całym sektorze prywatnym - z piersi znakomitej większości czytelników i czytelniczek „Gazety Wyborczej” wyrwie się gromkie: „Nie!”. To zrozumiałe. Wysokość wynagrodzeń jest jednym z najsilniejszych polskich tabu. A im dłużej i bardziej uporczywie o czymś nie mówimy, tym trudniej zacząć.

Śledząc cykliczne debaty o jawności płac, można dostrzec pewien wzór: za jawnością przemawia kilka bardzo konkretnych argumentów. Przeciwko - przede wszystkim te emocjonalne. Czy „nie!” ma jakiekolwiek racjonalne uzasadnienie?

Co porabiałaby Martyna Wojciechowska w Polsce jawnych płac?

Jawność płac ma na celu przede wszystkim walkę z nieuzasadnionymi nierównościami i dyskryminacją. Z badań i doświadczeń krajów, które wprowadziły częściową lub pełną jawność płac, wynika, że zapobiega ona dyskryminacji – nie tylko kobiet, ale wszystkich pracowników, którzy mimo pracowitości i umiejętności dysponują choćby niższą pewnością siebie – rzadziej chodzą po podwyżki, a na szefie wywierają gorsze wrażenie.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej