W połowie października, gdy na dobre przyszła jesień, minister energii Krzysztof Tchórzewski przestał nas czarować i przyznał, że jednak będą, ale niewielkie.

Dziś sytuacja zmienia się znacznie szybciej niż pory roku. Pewnie dlatego, że coraz bliżej do nowego roku, w którym przyjdzie nam płacić za energię więcej (choć w sumie nie wiadomo). A jest to rok wyborów europejskich i parlamentarnych, więc może lepiej obywateli nie irytować.

20 listopada minister Tchórzewski ogłosił, że podwyżki będą, ale rząd zrekompensuje je wszystkim Polakom, uwzględniając rekompensaty na rachunkach. Miało to kosztować 4-5 mld zł.

W ubiegły poniedziałek Tchórzewski zapowiedział, że 1 mld do tego funduszu dopłat dorzucą się koncerny energetyczne, oszczędzając na kosztach swojej działalności.

Prezes Urzędu Regulacji Energetyki (URE zatwierdza ceny energii) natychmiast wezwał te państwowe spółki, aby skorygowały już złożone w URE wnioski taryfowe, bo skoro są w stanie oszczędzić miliard, to dlaczego każą płacić więcej Kowalskiemu?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej